PISARZ JEST WAMPIREM wywiad z Andrzejem Rodanem

TYGODNIK "FAKTY I MITY" NR 5/2005, rozmawia Marek Szenborn

Marek Szenborn: - "Dzikie gęsi" czytałem z mieszanymi uczuciami. Na dobrą sprawę ta powieść, podobnie zresztą jak "Seryjny monogamista", może być przedmiotem dochodzenia prokuratorskiego...
Andrzej Rodan: - Święci aniołowie w niebie! A to za co?!
- Za wybujałą erotykę i obrazę uczuć religijnych. Nie podoba mi się, że dominuje tam seks i wątła jest linia demarkacyjna między miłością a pornografią.
- Nie chcę stawiać pana, kolego prokuratorze, w niezręcznej sytuacji, ale nikt na świecie nie odpowie na pytanie, jaka jest definicja pornografii. Źródłosłów "pornografii" polskie encyklopedie podają z definicją zaczerpniętą z saksońskiego, siedemnastowiecznego traktatu Johannesa D. Schrebera. Ciutek to pachnie molami.
- Wracajmy do powieści "Dzikie gęsi". Główną kobiecą bohaterką jest Klaudia, zawód: dziwka! Tak to pan cwanie pokręcił, że czytelnik zamiast odtrącić, może ją polubić. Natomiast męskim bohaterem jest facet obrzydliwy - antyfeminista. Przekonany jestem, że pan również jest nawiedzonym antyfeministą, prawda?
- Ależ skąd! Wcale nie uważam, że feministki mają wąsy. Chociaż niektóre mogłyby zakładać dłuższe spódnice, bo wystają im jaja. O co jeszcze jestem oskarżony?
- Oskarżam pana, że silne relacje erotyczne między kobietą a mężczyzną w "Dzikich gęsiach" zostały na chama zerżnięte z powieści Trumana Capote'a "Śniadanie u Tiffany'ego". Tak czy nie?!
- Jestem niewinny, wysoki sądzie! Po pierwsze: u Trumana Capote'a nie ma żadnej erotyki. Po drugie: Capote był zdeklarowanym gejem, a więc relacje erotyczne między kobietą a mężczyzną to nie była jego bajka. Walnął pan tym pytaniem jak łysy grzywką o kant szklanej kuli.
- Dobra, dobra, nie ze mną te numery, Rodan! Jeszcze nie tak dawno temu prasa pisała o twoich książkach hasłami w rodzaju: "pisarza w ręce psychiatry, wydawcę - w ręce prokuratora!".
- To byli dziennikarze, których byle pajączek mógł wciągnąć za obraz. Nikt ich nazwisk już nie pamięta, bo intelekt najłatwiej rozpuszcza się w alkoholu. Cześć, chłopaki, jak leci?!
- Jak pan pisze swoje dzieła? Skąd czerpie pomysły?
- Pisarz jest wampirem. Umiem słuchać, inspiruję się opowieściami ludzi, których spotkałem, historiami zasłyszanymi, które zakonotowałem w pamięci jako warte wykorzystania, i wysysam z tych historyjek krew, czyli samo życie. Jednakże ostateczna konstrukcja fabuły, dialogów i losów bohaterów powstaje w mojej głowie. To praca wyczerpująca psychicznie. Wydaje mi się, że mam nad całością pełny nadzór, ale nadchodzi moment, kiedy sytuacja wymyka się spod kontroli, kiedy bohaterowie powieści przejmują inicjatywę, wyrywają jak straż przednia, zmieniają bieg wydarzeń, tworzą nowe linie życia i zaczynają... dyktować mi dalszy rozwój wypadków. Cóż wtedy robię? Pozwalam im na to!
- Jeśli jest to takie wyczerpujące psychicznie, to dlaczego pan pisze?
- Podobnie jak pan. Dla szmalu! Otrzymuję pieniądze za mój czas pracy, kiedy przy temacie krążę jak wilk wokół jelenia, za drenaż mózgu, utratę prywatnego życia, wyobraźnię i talent. Pisanie jest jak trójpolówka. Nie można siać i zbierać bez przerwy. Kiedy dajesz z siebie wszystko - niedługo nic już z siebie nie wyciśniesz. Pisarz pracuje ciągle, nawet jeśli nic nie robi. A ja wypruwam z siebie wszystkie flaki. Krew, pot i łzy. Wydają moje książki, bo jestem tego wart. Jeśli kiedyś stracę na wartości, przestaną mnie czytać i przestaną mi płacić.
- I jak się pan wtedy poczuje?
- Jak gówno.
- Miał pan dość długą przerwę w pisaniu. Co było tego powodem?
- To trudno jednoznacznie zdefiniować. Może czułem się wewnętrznie wypalony, sądziłem, że już nic nowego nie wniosę, czułem się jak popcorn i coca-cola, bo te też sprzedawano w gigantycznych ilościach. Nie chciałem być małym łotrzykiem zarabiającym pieniądze dla cwanych, bezczelnych dużych łotrzyków.
- Mówi pan o wydawcach?
- Dokładnie!
- Jaki właściwie pan jest, bo intelektualista i w dodatku mężczyzna pozujący na silnego nie zwala winy na partnerki, tak jak pan to regularnie i ohydnie czyni w "Dzikich gęsiach".
- Jestem na tyle silny, że mogę sobie pozwolić na chwile słabości. Czy jestem intelektualistą? Nie jestem, choć świadomy jestem swojej wartości. Polski intelektualista to taki mocno porąbany druid, przygarbiony facet w okularach na nosie, z teczką w ręku, zimą w sercu i z przepraszam za pardon na ustach. A ja, cóż.... potrafię powiedzieć "kurwa", "spierdalaj". A co się pan tak krzywi? Przecież to słowa typowe nawet dla intelektualistów. Podziwiając wodospad Niagara, Niemcy mówią z zachwytem: Das ist wunderbar! Anglicy wykrzykują: It's wonderful! A Polacy: O kurwa, ja pierdolę! Nie powiem więcej, bo Redakcja  tego nie puści...
- Tak, ale bez słów powszechnie uważanych za wulgarne... A życie prywatne? Nie jest pan łatwy do współżycia. Coś o tym wiem...
- Świat nie jest perfekcyjny i na tym tle moja własna niedoskonałość wypada nie najgorzej. Ja wiem, że nie jestem łatwy we współżyciu, mam naturę dominującą, ale to nie oznacza, że walę maczugą w głowę swoje kobiety i ciągnę je za nogę do jaskini. Mam silną osobowość i nikomu nie pozwolę jej modelować. Należy się do tego dostosować, albo adieu!. Jeśli decyduję się mieć kogoś w swoim narożniku, to wyłącznie na moich warunkach. Jestem naprawdę skłonny do kompromisu, ale potrafię też być świnią.
- Kim jest pana aktualna  partnerka i czy długo wytrzyma ten związek, he, he, he?
- Tylko bez śmichów-chichów! Jest polonistką, wykładowcą jednej z łódzkich wyższych uczelni humanistycznych, uczy również w szkole. Jest zarówno piękna, jak mądra, seksowna, pulchna i tolerancyjna. Wybacza, jeśli powoduję trzęsienie ziemi i rozkręcam wokół siebie atmosferę histerii, a przede wszystkim do moich brutalnych upodobań zachowuje estetyczny dystans.
- O, to ciekawe! Jakie są pańskie brutalne upodobania? I co wtedy ona robi?
- Nie ucieka z kaloryferem, do którego przykuwam ją kajdankami.
- Czy ten romans zakończy się małżeństwem?
- Bez mojego adwokata na takie pytania nie odpowiadam.
- Sformułuję więc pytanie inaczej. Czy może się ta znajomość
skończyć i dlaczego?

- Jeśli zupa będzie za słona...
- Czegoś w życiu pan żałował? Na przykład w twórczości?
- Ja nie zakochuję się w swojej twórczości. Powieść jest jak wino. Potrzebuje czasu, by dojrzeć. Miałem powieści, które długo odleżały się w komputerze, zanim do nich wróciłem i postawiłem sobie kilka zasadniczych pytań. Nie chcę bowiem sprzedawać fałszywego towaru. Ale, niestety, raz się takie nieszczęście zdarzyło, że wcisnąłem kaszanę. Pewne warszawskie wydawnictwo zaproponowało mi napisanie książki, której akcja dzieje się we Francji. Opłacono mi dwumiesięczny pobyt w Paryżu, Nicei, Cannes, Saint-Tropez, Monte Carlo, a mnie z dobrobytu rozum odjęło. Już w trakcie pobytu na Lazurowym Wybrzeżu napisałem książkę, tytułu jej nie wymienię, którą dziś najchętniej wycofałbym z bibliotek. Nie tak dawno mój syn odnalazł ją w garażu, przeczytał i zapytał: "Tato, dlaczego to napisałeś?". Odpowiedziałem mu: "Żeby zarobić kasę i jechać z tobą do Disneylandu". A on na to: "Aż tak bardzo nie chciałem jechać do Disneylandu".
- Czy pan, pisarz skandalista, rzeczywiście tak okrutnie ocenia polską rzeczywistość w swoich powieściach, czy też jest to tylko forma prowokacji intelektualnej? Teoria czy rzeczywistość?
- Opowiadano mi, że inny skandalista, słynny dyktator mody Paco Rabanne, odwiedził dzisiejszą Warszawę. Poprzednio był tu w 1952 roku. Widział wówczas polską stolicę pokrytą rusztowaniami, rozkopaną, odbudowywaną po zniszczeniach wojennych. Konfrontując te dwie Warszawy, powiedział: "Teraz jest więcej biednych, żebraków, ludzi bezdomnych".
- Jest pan zastępcą redaktora naczelnego "Faktów i Mitów. Muszę więc panu zadać pytanie, które on sam zadał mi parę dni temu: "Skąd do cholery ten Rodan miał czas na napisanie książki, musiał chyba, s..., pisać w pracy?!".

- O kurwa! To potwarz, obelga i kłamstwo! Sam to wymyśliłeś, Szenborn, przyznaj się, bo zaraz ci nakopię do dupy! To po to namawiałeś mnie na ten wywiad! Jak cię złapię, to cię ...!