Wywiady:

SERYJNY MONOGAMISTA - PŁATNY MORDERCA - O życiu, literaturze, kobietach, pasjach, namiętnościach, miłości, seksie, filmie, rozrywce, religii, polityce - mówi pisarz Andrzej Rodan. (rozmawiał i opracował: Julian Prokopowicz)

PISARZ JEST WAMPIREM - TYGODNIK "FAKTY I MITY" NR 5/2005, rozmawia Marek Szenborn

Recenzje:

Obnażanie czy kalanie świętości? - o "Zyciu erotycznym papieży" /recenzja Janusza "Joter" Baszyńskiego/

Prawdziwa samotność to brak miłości - o "Seryjnym Monogamiście" i "Dzikich gęsiach" /recenzja Kazimierza Drobika/

 

SERYJNY MONOGAMISTA - PŁATNY MORDERCA... wywiad z Andrzejem Rodanem

O życiu, literaturze, kobietach, pasjach, namiętnościach, miłości, seksie, filmie, rozrywce, religii, polityce - mówi pisarz Andrzej Rodan.

Ten wywiad-rzeka powstał z połączenia kilkunastu rozmów z Andrzejem Rodanem wybranych z krajowej prasy, publikowanych na łamach tygodników: WPROST ("Stosunek literacki"), ANGORA (z cyklu: rozmowy z pisarzem Andrzejem Rodanem; "O posłannictwie mówią tylko świrusy" oraz "Heretyk"), PARADA ("Z piekła Rodan"), FAKTY ("Polowanie na Rodana"), SENSACJE ("Czy seks jest dziełem szatana?"), ODGŁOSY ("Wejście smoka", oraz "Latamy na różnych wysokościach"), POLITYKA ("Rozrywka nam łysieje"), ŻYCIE GOSPODARCZE ("Ciężki żywot lekkiej muzy"), SZTANDAR MŁODYCH ("Jak w pralni") ESTRADA ("Sito nie zgubi diamentów"), PANORAMA ("Unikanie kompromisów"), EXPRESS ILUSTROWANY ("Grzeszne namiętności pisarza zakazanego" oraz "Uzależniony od pisania"), FAKTY I MITY ("Życie seksualne Polaków" oraz "Płatny morderca").
Autorami fragmentów cytowanych poniżej wywiadów są publicyści: Adrianna Polak, Stefan Ancerewicz, Konrad Frejdlich, Bohdan Gadomski, Ryszard Naleszkiewicz, Tomasz Ruciński, Bogusław Sikorski, Krzysztof Wodniczak oraz Julian Prokopowicz (tygodnik "Fakty i Mity"), który również dokonał wyboru i montażu całości.
Głównym trzonem wywiadu jest rozmowa, którą przeprowadziłem z pisarzem dla tygodnika FAKTY I MITY ("Płatny morderca"), a która ukazała się drukiem 22.XI. 2002 r. (nr 47, str. 3-4 ).

Julian Prokopowicz

Po wydaniu "Styropianowego gangu" i "Mandarynów" jedno z narodowo-katolickich czasopism nominowało pana do "Grand Prix - Świństwo Roku" w kategorii literatura, twierdząc że jest to groźna, perwersyjna proza i działanie ludzi moralnie wyobcowanych z narodu. Razem z panem nominację otrzymali: prezydent Aleksander Kwaśniewski w kategorii polityka, Jerzy Urban - prasa, Andrzej Czeczot - sztuka i bodajże Jerzy Duda-Gracz.
Andrzej Rodan: - Jestem więc w wyśmienitym towarzystwie! Miałem banię na maksa, kiedy się o tym dowiedziałem. Tak zwana prasa narodowa to nie jest moja chemia, oni nie są z mojego romansu tylko z Latającego Cyrku Monty Pythona. Każdy ma prawo narzucać swe dogmaty własnej rodzinie, żonie, dzieciom i we własnym domu, ale niech nie waży się narzucać to innym. Kupowanie moich książek nie jest przymusowe. Nikt również nie każe ich czytać pod lufą pistoletu. Nie ma też obowiązku podziwiania mnie, bo nie jestem obrazem z Luwru, ani królową piękności. Czyż powieści o politycznym barbarzyństwie solidarnościowych właścicieli kraju, o tej pożodze wznieconej przez pigmejów o karierach rodem z Nikodema Dyzmy, o zachłanności bogatego Kościoła, który ma wszystko, chce jeszcze więcej złota i marmurów a przecież zaczynał od ubogiej stajenki, o nagłym przeistaczaniu się piskorzy w wieloryby jest groźna? To raczej bohaterowie tej książki są groźni.

- Jednakże w "Mandarynach", jak również w "Styropianowym gangu" uczynił pan szmatławymi bohaterami polityków z pierwszych stron gazet, pod łatwo rozpoznawalnymi nazwiskami, pan ich wyszydza z przyjemnością sadysty. Rzecz jednak dzieje się w Polsce, naszej ojczyźnie i może dlatego pana twórczość oceniana jest jako antypatriotyczna.
- Eee! Niedługo mnie pan oflaguje na białoczerwono... Jest to przecież political fiction o kastracji umysłów, kabotyństwie i hucpie klasy politycznej. Z pewnością nie są to książki politycznie neutralne. A co do ojczyzny i patriotyzmu powiem panu taką anegdotkę. Soliter-ojciec z soliterem-synkiem wydostali się na zewnątrz. "Oj, jak tu pięknie! - zachwycił się soliter-junior. - Słoneczko świeci, ptaszki śpiewają, zielona trawka, delikatny wiaterek szemrze między listkami. Jak tu pięknie! Tatusiu, dlaczego my musimy żyć w dupie?!" A na to ojciec: "Bo to jest, synku, nasza ojczyzna!"

- Nikt nie zmusza, aby tu pozostać. Zawsze może pan wyjechać.
- Nie mogę. Moje serce jest za duże na jedną ojczyznę, a za małe na dwie. Poza tym lepiej być dużą rybą w małym stawie niż małą płotką w dużym stawie.

- Ale w tym stawie zachowuje się pan jak szczupak-rozbójnik. Nihilistyczny brak poszanowania dla narodowych i moralnych świętości. Ostro atakuje pan ojca Tadeusza Rydzyka, jednego z negatywnych "bohaterów" pańskiej sagi o polskiej współczesności. Skąd bierze się ta nienawiść?
- Nie sprzedałbym mu nawet roweru, bo chciałby za darmo, bez podatku i z dostawą do domu, ale nienawiść to chyba przesada. Ojcu dyrektorowi wcale nie robię chlast. Przecież ja go bronię i wychwalam pod niebiosa. Powieściowy ojciec Mateusz twórca powieściowego "Radia-Mariola" jest w moich książkach zewsząd atakowany, miota się bohatersko, przerzuca się z jednego brzegu przepaści na drugi brzeg i zawsze po drodze zdąży wpaść do banku. A to "Radio-Maryśka" bardzo cenię, bo łagodzi objawy menopauzy.
- Na okładce "Mandarynów" znajduje się kompletnie naga, tłustawa kobieta wisząca na krzyżu. Czyż nie jest to prowokacja, obraza uczuć religijnych, przekraczanie dozwolonych granic? Nie obawia się pan postawienia prokuratorskiego zarzutu?
- Literatura, w ogóle sztuka, nie może się rozwijać, jeśli nie dotyka granic. Ale absolutnie nie interesują mnie granice ustalane przez rodziny parafialne. Umieszczenie tej ilustracji ma swoje merytoryczne uzasadnienie w treści książki, ale nie będę wyjaśniał, bowiem zły to autor, który musi interpretować swą powieść. Nie ma w tym nic obrazoburczego, bowiem tematyka nagiej kobiety na krzyżu jest znana w dziełach najbardziej wybitnych twórców, jak między innymi: Salvador Dali, Felicien Rops, Edouard Chimot, ma ona również swoje odzwierciedlenie w wizjach niektórych ascetycznych świętych katolickich, na przykład świętego Antoniego. Twórczość obojętnie w jakiej dziedzinie powinna wzbudzać emocje, bo jeśli nie, to oznacza, że jest nijaka. Okazuje się bowiem, że moją literaturę niekoniecznie trzeba lubić, ale nie da się przejść obok niej obojętnie. Nie jestem obrazem z Luwru i nie trzeba mnie podziwiać. Ja dostaję obrzydliwe e-maile i bardzo mnie to cieszy, czuję się jak szczupak, który narobił zamieszania w stawie z leniwymi karpiami. Czy namalowane brudne bose nogi Matki Bożej mogą stać się prokuratorskim zarzutem?

- Możliwe.
- Denuncjuję więc: Madonnę z brudnymi stopami namalował Michelangelo da Caravaggio, wybitny malarz włoski epoki wczesnego baroku.

- Pisze pan kacerskie powieści, daje obrazoburcze okładki. Czyżby był pan zatwardziałym heretykiem? A może pisze pan po zażyciu środków halucynogennych, jak publicznie stwierdził jeden z pańskich adwersarzy?
- Jestem heretykiem, ale znów w doborowym towarzystwie. Pierwszym był sam Jezus Chrystus, skazany na śmierć za głoszenie arcyherezji, że jest Synem Bożym. Natomiast moim jedynym narkotykiem jest tlen. Używam go bez przerwy.

- A dlaczego dał pan powieści tytuł "Mandaryni"? To chyba żart, prawda? Przecież to plagiat tytułu słynnej powieści Simone de Beavoir, żony Jean Paul Sartre'a!
- Serio?! Nawet Matka Teresa z Kalkuty by tą Simone udusiła. Ona tych swoich egzystencjonalnie lewicujących "Mandarynów", zafascynowanych stalinowską epoką, napisała w 1953 roku, zupełnie nie przejmując się tym, że powieść o tym samym tytule napisał dwadzieścia lat wcześniej inny znany pisarz. Simone napisała również "Trzecią płeć" zrzynając tytuł z powieści "Trzecia płeć" napisanej w 1938 roku przez Ernsta Ludwiga von Wolzogena.

- Simone de Beavoir była feministką. Czy pan jest antyfeministą?
- Ależ skąd! Wcale nie uważam, że feministki mają wąsy. Chociaż niektóre mogłyby zakładać dłuższe spódnice, bo wystają im jaja.

- Dlaczego ukrywa pan świetnie znane ogółowi postaci naszej sceny politycznej pod wymyślonymi nazwiskami. Nie prościej byłoby z nazwiska? To z obawy procesów o naruszenie czci?
- Najważniejszym powodem jest, że nazwisk wczorajszych i dzisiejszych bonzów nikt nie będzie pamiętał za lat kilkanaście i więcej, a książka będzie nadal czytana. Czy pamięta pan kto był premierem za czasów Tołstoja, ministrem spraw wewnętrznych za czasów Balzaka, czy szefem amerykańskiego kongresu za Hemingwaya? Ja piszę o pruderii, cwaniakach, którzy rządzą i są nieprzemakalni jak podpaski ze skrzydełkami z reklamy telewizyjnej.

- Jak pisze pan swoje powieści?
- Normalnie. Najpierw trzy setki wódki na czczo. Powalają na kolana. Potem siadam przed monitorem komputera, a po drugiej stronie siedzi Andrzej Rodan. Kłócimy się, wyzywamy, szczególnie on jest nieprzyjaźnie nastawiony, bo ta cecha jest mu przyznana jak psu wścieklizna, natomiast ja jestem uosobieniem dobroci i słowiczej delikatności. (Rodan śmieje się)... Zaczynając powieść nigdy się nie wie, co zdarzy się dalej, dokąd poprowadzą słowa, w którą stronę pójdą bohaterowie. To jest jak początek miłości: nigdy nie wiesz jak się zakończy.

- Jak więc zostaje się pisarzem? Dlaczego ludzie piszą? Ostatnio jest coraz więcej podręczników na ten temat.
- Na pewno nie należy czytać podręczników różnych oblatanych pańć i obcykanych kolesiów na temat "Jak zostać pisarzem". Jak najdalej od tego pierdzielenia wszystkowiedzących przygłupów z mitograficznym zacięciem... Natomiast Stephen King uważa, że człowiek staje się pisarzem w wyniku świadomego aktu woli, nie może się nim urodzić. Angus Wilson mówi, że pisarz wykorzystuje literaturę jako terapię przezwyciężania urazów, nerwic. Tu dobrym przykładem byłby, według mnie, Dostojewski. Z kolei Aldous Huxley jest odmiennego zdania: dla niego nerwica upośledzałaby pisarza, a więc musi go cechować doskonałe zdrowie psychiczne. Karen Blixen zaś powiedziała, że można znieść wszystkie smutki i niepowodzenia i staną się one znośne, jeśli umieści się je w fabule. Natomiast ja sądzę po doświadczeniach "Styropianowego gangu", "Mandarynów" i "Disneylandu", że twórczość może powstać również z frustracji, gniewu, niezgody, braku akceptacji zastanego porządku. Ilu twórców, tyle opinii, z reguły rozbieżnych. Poza tym sądzę, że tworzenie powieści nie jest opowiadaniem przygód, ale przygodą opowiadania.

- A dlaczego pan pisze?
- Dla pieniędzy.

- Tak?!
- Tak! Otrzymuję pieniądze za mój czas pracy, kiedy przy temacie krąży się jak wilk wokół jelenia, za drenaż mózgu, utratę prywatnego życia, wyobraźnię i talent. Pisanie jest jak trójpolówka. Nie można siać i zbierać bez przerwy. Kiedy dajesz z siebie wszystko - niedługo nic już z siebie nie wyciśniesz. Ja już taki kilkuletni kryzys mam za sobą. Pisarz pracuje ciągle, nawet jeśli nic nie robi. A ja wypruwam z siebie wszystkie flaki. Krew, pot i łzy. Wydają moje książki, bo jestem tego wart. Jeśli kiedyś stracę na wartości, przestaną mnie czytać i przestaną mi płacić.

- I jak się pan wtedy poczuje?
- Jak gówno.

- A jak pan został pisarzem? Czy pisanie jest dla pana posłannictwem, swoistą terapią, zawodem?
- O posłannictwie mówią tylko świrusy! Jak to już dawno temu powiedziałem w wywiadzie dla tygodnika "Wprost": powieści zacząłem pisać wtedy, kiedy nie mogłem już nic czytać. Chciałem poczytać coś dobrego, a więc usiadłem i napisałem.

- Uznany amerykański pisarz twierdzi, że wielu pisarzy posiada natury demoniczne, co sprzyja twórczości, ale przeszkadza w życiu prywatnym.
- To prawda. Mają kłopoty nie wtedy, kiedy piszą albo dlatego, że piszą, ale w każdym aspekcie swego życia - w małżeństwie, miłości, interesach, finansach, we wszystkim. To aspekt wszystkich osobowości twórczych.

- Jedna z popularnych polskich pisarek bardzo lansowana przez prasę kobiecą, z którą niedawno przeprowadzałem wywiad, powiedziała, że ma kłopoty z życiem osobistym, ponieważ w doborze mężczyzn nie kieruje się przypadkiem, ale ambitnym wyborem.
- Świruje bidulka! Niech się nadal kieruje ambitnym wyborem to już do reszty uzależni się od wibratora, chociaż wibrator ma swoje zalety: nie zostawia w łazience podniesionej deski, wibratorem można się dłużej rozkoszować niż cztery minuty, dla wibratora nie ma znaczenia czy jest jej pierwszym, wibrator nie będzie się wściekać na nią, że akurat nie ma ochoty na seks, wibrator nie chrapie, nie puszcza bąków i nie leci się odsikać cztery sekundy po stosunku. Jeden z filozofów ujął dylemat tej krasawicy lapidarnie, ale chyba najtrafniej. Przeznaczenie, stwierdził, oddaje kobietę pierwszemu, przypadek najlepszemu, a ambitny wybór - najczęściej pierwszemu lepszemu.

- Ongiś jeden z krytyków tygodnika "Kultura" napisał, że Henry Miller jest ojcem duchowym pańskiej prozy, że go pan naśladuje. Być epigonem to chyba nie jest powód do dumy?
- Jak twierdził Erskine Caldwell większość krytyków to albo niedoszli pisarze, albo impotenci. Nie sprawdzili się jako pisarze i jako mężczyźni. Jedynie czytelnicy dają ostateczny osąd. Ten recenzent wziął mnie pod obcas i sflekował, ale ja mu wybaczam, bo jego intelekt to część organizmu najłatwiej rozpuszczająca się w alkoholu. Cześć Janek, jak leci?... Ale tu akurat pochlebił mi tym porównaniem, chociaż się mylił. Henry Miller nie był moim mentorem, ani idolem z jednej prostej przyczyny: jego książek nie miałem w ręku, kiedy pisałem swe pierwsze powieści, był mi nieznany, nie publikowano go w Polsce, był wówczas pisarzem zakazanym we wszystkich państwach bloku socjalistycznego i nie tylko. A gdy kilka lat później zapoznałem się z jego twórczością okazało się, że obu nas łączy zamiłowanie do pisania, jazzu, ginu, brandy i kobiet. Niekoniecznie w tej samej kolejności.

- Kiedyś powiedział pan, że pisarz któremu się udało, to jest ktoś, co robi coś we właściwym miejscu, czasie i we właściwy sposób. Gdzie jest to miejsce, czas i sposób?
- Tak powiedziałem? Naprawdę? Może wtedy myślałem, że na przykład Kafka, Joyce, Bułhakow, że wymienię tylko tych z dziesiątków wielkich nieznanych za życia, robili swą literaturę we właściwy sposób jak to się potem okazało, ale w niewłaściwym czasie i miejscu. Pełne wydanie "Ulissesa" ukazało się dopiero osiemnaście lat po śmierci autora, podobnie jak wszystkie niesamowite opowiadania Kafki, a ówczesny świat Bułhakowa w Kraju Rad przypominał najbardziej koszmarny sen Nerona... Teraz uważam, że ten czas, sposób i miejsce jest to Wielka Niewiadoma. Gdybym ją dziś rozszyfrował - jutro stałbym się multimilionerem. Chociaż jako Polak nie mam żadnych szans. Język polski jest językiem peryferyjnym i na przykład w Niemczech jest tylko dwóch tłumaczy z polskiego na niemiecki. Rozwiązanie tej niewiadomej jest najczęściej kwestią przypadku, rzadziej wynikiem intuicji twórczej. I wtedy pisarz może, jeśli trafi w przysłowiową dziesiątkę, znaleźć się w oku cyklonu. Może, choć wcale nie musi, stać się gwiazdą, a gwiazdę, która chce się utrzymać na nieboskłonie, interesuje bezustanna praca, ciężka praca, codzienna praca jako bodziec najgłówniejszy oraz sława, pozycja i pieniądze. Niekoniecznie w tej samej kolejności.

- Czy uważa się pan za człowieka sukcesu?
- Sukcesu podobnie jak kobiety nie zdobywa się siłą. Ja tworzę poza wszelkimi koteriami literackimi i wydawniczymi, nie biorę żadnego udziału w życiu literackim kraju, bo tu nie ma życia literackiego, ani w ogóle życia. Nie jestem klientem opiniotwórczych czasopism nadmuchujących "wielkości pisarskie", których książki jest w stanie zrozumieć dziesięcioletnia panienka nawet ich nie otwierając, jestem samotnym wilkiem... Poza tym miałem kilka lat przerwy w powieściopisaniu. To wystarczy, żeby wypaść z rynku. A wejść nań ponownie, kiedy dzisiejszy Polak, głównie z uwagi na finansową bryndzę, kupuje przeciętnie jedną książkę i to raz na dwa lata, jest trudno. No cóż, sukces przychodzi i odchodzi. Nie można więc pozwolić, aby rządził twoim życiem. Ale, jeśli umiesz cokolwiek w jakiejś dziedzinie, to gimnastykuj mózg i sięgnij po sukces. Zresztą pisarz, podobnie jak naukowiec, kompozytor, plastyk, gwiazdor filmu, rocka, jest to wyzwanie dla sprawnego umysłu, umiejętnego warsztatu pracy, dociekliwości, wyobraźni, krytycyzmu również wobec samego siebie i uczciwości intelektualnej. Nie można przegapić w swoim życiu żadnej szansy i należy jej szukać, bo szansa ciebie nie odnajdzie. Pewne rzeczy przytrafią się być może we właściwym czasie, ale nie należy być biernym, tylko pracować, walczyć i mocno chcieć. A poza tym nawet odrobina sławy to rzecz niekiepska.

- Ale wtedy przybywa wrogów.
- Sam pan wie, czym żywią się chude hieny. Twórca, obojętnie w jakiej dziedzinie, musi mieć wrażliwość Matki Teresy z Kalkuty, ale pancerz nosorożca.

- Powiedział pan o kilku latach przerwy w pisaniu. Co było tego powodem?
- To trudno jednoznacznie zdefiniować. Napisałem o kurtyzanach francuskiego Lazurowego Wybrzeża konsumpcyjną książkę i był to czysty idiotyzm, chociaż sprzedano ponad sto pięćdziesiąt tysięcy egzemplarzy. To był rok, kiedy sprzedaż moich powieści znacznie przekroczyła dwa miliony egzemplarzy, ale ja czułem się wewnętrznie wypalony, sądziłem, że już nic nowego nie wniosę, czułem się jak popcorn i coca cola, bo te też sprzedawano w gigantycznych ilościach. Zamilkłem na kilka lat. Nie chciałem być małym łotrzykiem zarabiającym pieniądze dla cwanych, bezczelnych dużych łotrzyków. Zastanawiałem się nad cechami mojej osobowości twórczej.

- A jaka jest najważniejsza cecha osobowości twórczej?
- Hm... Chyba odwaga poruszania się pod prąd i świadomość czekających trudności. Osobowości twórcze przejawiają wysoki stopień nonkorformizmu, nie ulegają naciskom grupy i zachowują niezależność sądów. Natomiast konieczną przesłanką aktywności twórczej i sukcesu ludzi nauki, sztuki, kultury, jest gotowość do wejścia w konflikt z oponentem w obronie swego dzieła oraz całkowity brak szacunku dla wydeptanych ścieżek. Gdyby Edison ufał autorytetom do tej pory siedzielibyśmy przy lampie naftowej.

- Czy tworząc w swoich powieściach żywe istoty, układając im życie, miłości, przyjaźnie, wplątując je w wydarzenia, katastrofy, krzyżując je wzajemnie, nie boi się pan, że ten drenaż mózgu odbije się kiedyś, a może i już na pańskiej psychice? Szczególnie, że pisze pan z brakiem pokory atakując wszystko i wszystkich.
- Pokora nie jest główną cnotą pisarza! Ale to prawda, że na pisarza oddziałowuje nieustannie siła rozdrabniająca, bo pisarz pracuje ciągle, nawet kiedy nic nie robi. Pisarz musi mieć wrażliwość, ale na zewnątrz skórę słonia. Świat nie jest przecież wybiegiem dla modelek. Są tylko cztery zawody na świecie zdolne całkowicie odmienić człowieka: gwiazda filmu, gwiazda pop-music, prostytutka i pisarz.. Niekoniecznie w tej samej kolejności.

- Jak do tego doszło, że pan, z wykształcenia historyk kultury, pisze powieści o fragmentach przepełnionych erotyzmem, pełnych namiętności i obsesji, w zasadzie sprzecznych z zasadami moralności i kultury.
- Walę prosto z mostu i nie pytam o nic... Seks podobnie jak kino, książka, morderstwa, terroryzm, jedzenie, spanie, jest częścią naszego życia i nie da go się wyeliminować tylko dlatego, że oszołomy cywilne i kościelne są dupkami udającymi prawiczki. W życie ludzkie inny człowiek nie ma prawa wjeżdżać jak buldożer. Nie ma książek moralnych i niemoralnych. Są książki dobrze napisane lub źle. Kultury nigdy nie można oceniać na płaszczyźnie moralności. Proszę pana: Safona była lesbijką, Platon homoseksualistą, Goethe był babiarzem, Nietzsche i Mickiewicz mieli syfilis, okres baroku był rozwiązły, w rozkwicie północnowłoskiego renesansu kwitły orgie, jazz nowoorleański był muzyką burdeli, a "fuckujący" hip-hop jest muzyką zrodzoną w murzyńskich slumsach USA. Czy to nam przeszkadza w czytaniu Goethego, Nietzschego, ekranizacji "Pana Tadeusza", studiowaniu dzieł Platona, słuchaniu muzyki jazzowej lub rapujących młodych gniewnych? Moich książek nie piszę dla cnotliwych panienek, oszołomów i księży.

- Nigdy więc nie trafi pan do spisu lektur szkolnych.
- I dzięki Bogu! Dzieciaki odetchną z ulgą.

- Ale przez to traci pan na doskonałości twórczej.
- Serio? Naprawdę pan uważa, że w lekturach szkolnych znajdują się pisarze wielkiego halo? Ja nic nie tracę. Świat nie jest perfekcyjny i na tym tle moja własna niedoskonałość wypada nie najgorzej.

- Czy zgadza się pan z oceną jednego z tygodników, że zręcznie wymusza pan sympatię czytelników ocierając się w swej twórczości o linię demarkacyjną, oddzielającą pornografię od zmysłowości?
- Pornografia nie istnieje! To hasło wymyślili pruderyjni frustraci nie uznający prawa ludzi do własnych poglądów, upodobań, seksualnej odrębności, inności. W zakresie erotyki należy respektować sferę ludzkiej prywatności. Pornografia to argument świrusów, broń dewiantów z okolic kruchty. Najpotężniejszym ludzkim uczuciem jest popęd seksualny. Należy więc sobie postawić pytanie, czy o życiu płciowym decydować ma tak zwana "moralność" czy biologia. Na te i inne pytania staram się odpowiedzieć w mojej dwutomowej "Historii erotyki". Powtarzam: pornografii nie ma i dyskusję na ten temat z równym powodzeniem można zastąpić polemikami z cyklu: "Czy na tamtym świecie istnieje seks?", albo "Czy środek przeczyszczający jest rajem dla masochistów?". Mój czytelnik ma w domu kilkadziesiąt programów telewizji kablowej lub satelitarnej, kasety video i DVD, sprawnie porusza się w internecie, ma paszport i otwarte granice, jest inteligentny, przebojowy, żądny sukcesu, pieniędzy, miłości i seksu. To dla niego piszę. Nie piszę dla umysłowo zgrzybiałych, intelektualnie sprawnych inaczej, cieniarzy i wszystkich, co nie czują bluesa. Proszę spojrzeć na ten album: to Leonardo da Vinci i jego rysunek anioła. Widzi pan: anioł ma erekcję. Pornografia, czy dzieło religijne?

- A jak pan zareagował, kiedy w jednym tygodników kulturalnych rzucono hasło: "pisarza w ręce psychiatry - wydawcę w ręce prokuratora!"?
- Głupiutki do bólu, ostro pogibany dziennikarz, który tę śmiałą koncepcję forsował, miał poglądy na literaturę trochę na prawo od Attyli, wodza Hunów. To są tacy "publicyści", których byle pajączek może wciągnąć za obraz. Ale najbardziej podobał mi się inny równie porajany supermen, który napisał: "Twórczości Andrzeja Rodana nie znam, a jednak swoje trzy grosze chciałbym wtrącić. Jestem za potępieniem, a nawet wycofaniem ze sprzedaży książek Rodana!". Albo jeszcze inny z tygodnika "Polityka", który bredził, że za nakład jednej mojej powieści "można wydać sześćdziesiąt sześć książek sześćdziesięciu sześciu pisarzy zrzeszonych w ZLP". Pewnie, że można, ale kto to kupi? I czy znajdzie się wydawca-samobójca? Wie pan, przy tak rozkochanej w sobie ignorancji czuję się jak kinooperator wyświetlający film dla niewidomych. Moją osobowość, estetykę, filozofię życia ukształtowało to, co robię. Jestem pisarzem. Mam więc prawo być poddawany pewnym wiwisekcjom, umiem słuchać tego, co o mnie mówią, jak mnie oceniają. Ale słuchać, a zgadzać się to dwa bieguny. Nie muszę przejmować się opiniami ludzi o współczynniku inteligencji martwego barana.

- A teraz trochę prywatności. Kim jest owa dama, pani profesor doktor habilitowany, której dedykuje pan "Styropianowy gang"?
- Jest zawsze na miejscu, kiedy jej potrzebuję, schlebia mi w granicach zdrowego rozsądku, nie próbuje mnie zmieniać, nie kupuje bamboszy, zainspirowała mnie do stworzenia cyklu powieściowego, którego częścią jest właśnie "Styropianowy gang", "Mandaryni", "Disneyland", świetnie gotuje zupy w... proszku, ja jestem bałaganiarzem, a ona pedantem, chociaż rajstopy rzuca pod krzesło, dla mnie rzuciła palenie papierosów, nigdy nie chce być sama tylko ze mną, nie wymaga ode mnie luksusu i nowych kafli w łazience, wybacza, jeśli powoduję trzęsienie ziemi i rozkręcam wokół siebie atmosferę histerii, a przede wszystkim do moich brutalnych upodobań zachowuje estetyczny dystans.

- O, to ciekawe! Jakie są pańskie brutalne upodobania? I co wtedy ona robi?
- Nie ucieka z kaloryferem do którego ją przykułem kajdankami!... Żartuję! Żartuję! Z moich najbardziej dziwnych upodobań to białe koszule, białe garnitury, białe swetry, białe spodnie i przede wszystkim białe trepy, w których chodzę od kwietnia do października, a w domu przez cały rok.

- Należy więc oczekiwać nowego małżeństwa. Jest przecież pan dawno po rozwodzie.
- Rozwód trwał dłużej niż samo małżeństwo.

- Unika pan odpowiedzi. A wiewiórki w pańskim ogrodzie powiedziały mi, że ta dedykacja w "Styropianowym gangu" ma charakter pożegnalny. Ten związek już od dawna nie istnieje. Dlaczego?
- Bo zupa była za słona!

- Znane są pańskie problemy osobiste. Na czym więc polegają rozdźwięki prowadzące do rozstań?
- W którymś z wywiadów, bodajże do "Wprost", mówiłem, że przeciętnym kobietom trudno wytrzymać z nieprzeciętnym mężczyzną. Dziś sądzę, że powody końca związków, czy to małżeńskich, czy partnerskich są zawsze takie same. Możesz okropnie kłócić się z ludźmi, których kochasz, ale nigdy nie walcz z kimś kogo już nie kochasz, albo z kimś, który cię przestaje rozumieć, nie utożsamia się z tobą, tonie w falach zmiennych nastrojów. Nie ma związków udanych aż do końca, ale ostateczne zniechęcenie nadchodzi wtedy, kiedy znajdą się jakieś zamknięte drzwi na sforsowanie których nie starcza ci już sił. Niektóre z kobiet są zbyt spragnione szczęścia, żeby być szczęśliwymi. Jednak, żeby być szczęśliwą trzeba umieć kochać. Do rozstania musi dojść, kiedy okazuje się, że kochające się dotąd osoby latają na różnych wysokościach, nagle zaczynają pracować na różnych falach i tak naprawdę nie znają się wcale. Gdyby ludzie zdawali sobie sprawę, jakie są przyczyny niepowodzeń w miłości, to więcej troski poświęciliby poznaniu drugiego człowieka, wzajemnemu poszanowaniu, odpowiedzialności za partnera i siebie. Trzeba rozwijać zdolności kochania, tak jak się uczymy czytania, słuchania muzyki, pracy na komputerze. Ja wiem, że nie jestem łatwy we współżyciu, mam naturę dominującą, jestem silny psychicznie, ale to nie oznacza, że walę maczugą w głowę swoje kobiety i ciągnę je do jaskini. Mam silną osobowość i nikomu nie pozwolę jej modelować. Należy się do tego dostosować, albo "adieu!". Jeśli decyduję się mieć kogoś w swoim narożniku, to wyłącznie na moich warunkach. Jestem naprawdę skłonny do kompromisu, ale bez przesady.

- Jaki więc właściwie pan jest, bo intelektualista i w dodatku silny mężczyzna nie zwala winy na partnerki.
- Jestem na tyle silny, że mogę sobie pozwolić na chwile słabości! Czy jestem intelektualistą? Nie jestem intelektualistą, choć świadomy jestem swojej intelektualnej wartości. Polski intelektualista to taki mocno porąbany druid, przygarbiony facet w okularach na nosie, z teczką w ręku, zimą w sercu, i z przepraszam za pardon na ustach. A ja cóż.... potrafię powiedzieć "kurwa", "spierdalaj". A co się pan tak krzywi? Przecież to słowa typowe dla Polaków, nawet intelektualistów. Podziwiając wodospad Niagara, Niemcy mówią z zachwytem: Das ist wunderbar! Anglicy wykrzykują: It's wonderful! A Polacy: O kurwa, ja pierdolę! Mam mówić dalej? Dzięki! Jaki jestem? Niejednoznaczny. Nigdy nie byłem i nie będę myśliwym, bo nienawidzę zabijania zwierząt. Z tych samych powodów nie zostałem wędkarzem. Kobietom kupuję jedną różę a nie wiązankę, jak inni fajansiarze. Nie lubię zmywać naczyń, prasować koszul, ścielić łóżka, a w swoim gabinecie mam zawsze bałagan, jak Bóg przed stworzeniem świata... Nie wiem czy zostałem właściwie zrozumiany w odpowiedzi na poprzednie pytanie dotyczące przyczyn rozstań... Otóż wbrew utartym schematom kobiety nie są tak wrażliwe jak mężczyźni i najczęściej w ogóle nie zdają sobie sprawy, kiedy i jak mocno zraniły swojego mężczyznę. Spora część z nich jest zapatrzona w czubek własnego nosa i ma problemy z empatią, to znaczy: nie potrafią się wczuć w uczucia partnera, w to co on przeżywa. A taki brak utożsamiania się z partnerem jest grzechem gorszym niż kradzież w supermarkecie, grzechem gorszym niż niepłacenie rachunków za telefon, bo świadczy, że połączenie nie może być zrealizowane.

- Pańska była żona twierdziła, że co Bóg złączył, niech człowiek nie waży się rozłączać.
- I dlatego, gdyby Bóg żył na ziemi, ludzie wybijaliby mu szyby.

- Zostańmy jeszcze chwilę przy kobietach i miłości. Jakie kobiety pan lubi?
- Winny być jak liryczna adaptacja książek Freuda. Rozmarzone, czułe, mądre, romantyczne, naturalne, gorące kobiety w kolorach Van Gogha, trochę pulchne, lojalne i wierne przy każdej pogodzie. Nie powinny wymagać ode mnie dupereli, jak zmiany kafli w łazience, wymiany okien i fotela do komputera, bo się z nim zrosłem i dobrze mi się na nim pisze, bo jest niewygodny, boli dupa, kręgosłup trzeszczy, piszę więc krótko i celnie. Nie powinny w sytuacjach kryzysowych mówić: "Chcę być sama!", albo "Będę jeździć, gdzie chcę, z kim chcę, i kiedy chcę, a tobie gówno do tego!". I dopiero wtedy mogą się czuć ze mną jak bohaterki wielkiej romantycznej powieści, mogą kształtować swoją osobowość, urzeczywistniać marzenia. Moja kobieta musi wiedzieć, że jest silna, a nawet bardzo silna, ale siłą światła odbitego ode mnie.

- A miłość?
- Właśnie o tym przed chwilą mówiłem. Czy pan mnie słucha?! Miłość to trzęsienie ziemi, a każdy dzień trzeba przeżywać tak, jakby miał to być dzień ostatni.

- Wierzy pan w wieczną miłość?
- Jasne, ale z rzeczy wiecznych najbardziej trwałe jest wieczne pióro i wieczny odpoczynek.

- Ale czy pan jest zadowolony ze swego życia prywatnego?
- Jestem, chociaż przegapiłem kilka szans, bo działałem pod wpływem impulsu, a nie rozumu, nie tłumaczyłem, nie perswadowałem, tylko zamykałem się w sobie, milkłem urażony. A w związku partnerskim należy mówić sobie wszystko i to natychmiast: co denerwuje w partnerze-partnerce, budzi obawy, sprawia przykrość. Mówienie tego po czasie jest już zastarzałym konfliktem, bowiem owe częstokroć duperele, które można było załatwić jednym zdaniem, urosły do rangi problemu. Jestem inteligentny, IQ 172, dowcipny, choć nie opowiadam witzów, uroczy, przystojny, elegancki, choć ciut ekstrawagancki, taki romantyczny kontestator, a moje nieskazitelne maniery pozwalają każdej kandydatce na teściową widzieć we mnie idealnego zięcia. Stop! Wróć to tempo! Chyba się trochę zagalopowałem, co? Ale wie pan, tak naprawdę, to chyba miałem rację mówiąc, że przeciętnym kobietom trudno jest wytrzymać z nieprzeciętnym mężczyzną. Mówię tak, chociaż skromność jest moją największą wadą.

- Jaki więc związek między kobietą a mężczyzną uważa pan za najbardziej idealny?
- Pańskie pytania skracają mi życie o pięć lat. Mężczyzna ma w sobie od ośmiu do dwudziestu razy tyle testeronu co kobieta. Zrozumiałe więc, że jego libido jest silniejsze. Seksualność mężczyzn jest konkretna, a u kobiet rozmazuje się trochę przez menstruacyjne cykle, ciąże, porody. Wyrażę niepopularną u starszych pań opinię, że najlepszym związkiem jest ten składający się z dojrzałego mężczyzny i młodej dziewczyny.

- Czyli nadal kocha pan kobiety, szybkie samochody, dobre alkohole, jazz, zagraniczne podróże i seks? Taką ma pan opinię.
- Pochlebia mi pan. Jeśli ma się opinię człowieka wstającego o świcie, to można spokojnie sypiać do południa. I tak jest z opinią cytowaną przez pana. Przypomina mi się stary, szkolny dowcip, kiedy mały Kazio zadaje pani zagadkę: "Co to jest: długie, giętkie, ale twarde, na trzy litery, a w środku u?" Pani zaczerwieniła się i wyrzuciła Kazia z klasy. Po lekcji malec prosi ją o uzasadnienie kary. "Chciałeś powiedzieć brzydkie słowo" - tłumaczy pani, a Kazio na to: Wcale nie. To słowo to łuk, ale podoba mi się pani tok myślenia". Tak więc mnie też podoba się tok myślenia o mnie jako o seksualnym ekwilibryście, choć nie należy utożsamiać pisarza z bohaterami jego książek. Kto napisał "Madame Bovary"?

- Flaubert.
- Czy Flaubert to madame Bovary?

- Co pan najbardziej ceni w kobiecie? Urodę? Inteligencję?
- Piękne kobiety są dla mężczyzn bez wyobraźni. Natomiast inteligencja jest wielką zaletą kobiety pod warunkiem, że potrafi ją ukryć.

- Domyślam się, że te wszystkie pana kochanki, które tak często pan porzucał były wściekłe, że musiały wyprowadzić się z pańskiej pięknej sypialni z olbrzymim białozłotym łożem z baldachimem. A propos - czy teraz śpi pan w tym królewskim łożu sam?
- Zdarza się. Sprostowanie: to nie ja je porzucałem, ale one mnie. Nie sądzę, żeby były wściekłe. Raczej wdzięczne. Powinny dawać swoim facetom mój adres, żeby mogli przysyłać mi prezenty za to, czego ich nauczyłem.

- Lubi pan nadal brandy, gin, martini? Proszę odstawić tę szklankę. Wydaje mi się, że pije pan trochę za dużo.
- Chciałbym pić, bo lubię dobre trunki, ale nie pozwala mi świadomość, że najpierw człowiek sięga po alkohol, a potem alkohol sięga po człowieka.

- Co podarował by pan swoim rodzicom, gdyby mógł?
- Jeszcze jedno życie.

- Niestety, pan również kiedyś umrze.
- Jasne! Nawet "Titanic" okazał się zatapialny. Życie to dożywotnia kara śmierci. Odwiecznym problemem człowieka jest dążenie do nieśmiertelności. Wszyscy uwielbiamy happy endy, ale żadne życie ludzkie do chwili obecnej nie miało szczęśliwego zakończenia.

- Ma pan jakieś marzenia?
- Żeby już nigdy nie wróciła moda na chude dziewczyny.

- Często pan kłamie?
- Nigdy nie kłamałem i nie kłamię. Czasem tylko biorę świadomy udział w mówieniu prawdy nie do końca.

- Lubi pan koty?
- Tylko w potrawce ze śmietaną.

- A psy?
- Nie. Za długo się gotują. Czy ma pan mniej bzdurne pytania?

- A w ogóle lubi pan zwierzęta?
- Uwielbiam! Dobermany i kobiety!

- Pan żartuje?
- Tak mi się powiedziało, teraz spodobało, więc niech już tak zostanie.

- Jaki był pan jako dziecko?
- Bardzo dużo czytałem. Rodzice chodzili na jakieś rodzinne imprezki i chcieli mnie zabierać ze sobą. Zawsze odmawiałem. Wolałem zostać w domu i czytać książki. Miałem siedem lat, kiedy przeczytałem "Sen srebrny Salomei" Słowackiego, słowo honoru! I byłem zachwycony Słowackim, ale kiedy przeczytałem to kilkanaście lat później zachwyt mi przeszedł. Nie byłem wielbicielem szkoły i pozostało mi to aż do skończenia liceum. Bujałem w obłokach, chociaż nie pisałem wierszy. Byłem kinomaniakiem, aż dziwię się dzisiaj, że nie poszedłem na reżyserię do łódzkiej "filmówki", chociaż mieszkałem kilka domów od szkoły. Uczyłem się gry na fortepianie, akordeonie, trąbce, a potem przez kilka lat grałem w niezłych jazzowych kapelach. Poza tym robiłem dużo głupich rzeczy i nigdy tego nie żałowałem.

- A czy czegoś w życiu pan żałował? Na przykład w twórczości?
- Jak już mówiłem wcześniej nie zakochuję się w swojej twórczości. Miałem powieści, które długo odleżały się w komputerze, zanim do nich wróciłem i postawiłem sobie kilka zasadniczych pytań. Tak było między innymi z "Seryjnym monogamistą". Trzy lata przymierzałem się do poprawek pierwszej części i całkowitej zmiany finału. Ponad rok analizowałem "Dzikie gęsi" i dokonałem istotnych zmian. Do chwili obecnej siłuję się z "Zaklinaczem umysłów". Nie chcę bowiem sprzedawać fałszywego towaru. Ale, niestety, raz się to nieszczęście zdarzyło, że wcisnąłem kaszanę. Dziesięć lat temu pewne warszawskie wydawnictwo zaproponowało mi napisanie książki, której akcja dzieje się we Francji. Opłacono mi dwumiesięczny pobyt w Paryżu, Nicei, Cannes, Saint Tropez, Monte Carlo, a mnie z dobrobytu rozum odjęło. Pojechałem najnowszym modelem mercedesa 300-D. Kupiłem go za honorarium z ostatniej książki. Miał cudowny czerwony kolor, automatyczną skrzynię biegów, skórzaną tapicerkę, elektrycznie opuszczane szyby, ogrzewane lusterka, regulację kierownicy, siedzeń, szyberdach, 220 kilometrów na godzinę. Poza tym te wszelkie ABS, NKWD, KGB, USA, klimatyzację i te wszystkie nowości końca dwudziestego wieku. Bajery, szpaniery i baranie rogi. Pełny wypas. Akurat tego lata w Monte Carlo, w tej luksusowej wiosce na francuskiej Rivierze, gościł Sylwester Stallone z Jennifer Flavin, modelką z Los Angeles, Mick Jagger z Jerry Hall, George Harrison i Ringo Starr ze swoimi partnerkami, Roman Polański z Emmanuelle Seigner, Günter i Miria Sachs, księżna Gloria z Regensburga, Catherine Oxenberg z serialu "Denver" i "Dynastia", Clint Eastwood z byłą żoną Maggie, Simone Le Bon z zespołu Duran-Duran wraz z żoną Yasmin i rocznym dzieciątkiem Amber Rose, Arnold Schwarzenegger i... ja. Moja śliczna partnerka miała dwadzieścia pięć lat i jak rozpuściła swe piękne długie włosy, to wszyscy sąsiedzi z plaży na godzinę tracili światło dzienne. I była bardzo inteligentna: wiedziała, że autobiografia to nie jest historia samochodu. Już w trakcie pobytu na Lazurowym Wybrzeżu napisałem książkę, tytułu jej nie wymienię, którą dziś najchętniej wycofałbym z bibliotek Nie tak dawno mój syn odnalazł ją w garażu, przeczytał i zapytał: "Tato, dlaczego to napisałeś?". Odpowiedziałem mu: "Żeby zarobić kasę i jechać z tobą do Disneylandu". A on na to: "Aż tak bardzo nie chciałem jechać do "Disneylandu".

- A co się panu najbardziej podobało na Lazurowym Wybrzeżu.
- Dziewczyny pracujące. Księżniczki Francuskiej Riviery.

- Nie rozumiem.
- Ja też nie rozumiem. Proszę pana, najbardziej mi się podobały Jej Kurewskie Wysokości. To najdziksza ekstaza, te opalone dziewczęce smukłe ciała, świecidełka, sutki sterczące prosto w niebo, beztroskie ptaki wabiące, pieprzony zapach perfum, coś zwierzęcego, aż się ciemno robi przed oczami. To są dzieła sztuki! Cóż, każdy ma prawo zejść na psy, jeśli zrobi na tym majątek. Kiedy się patrzy na te kobiety, to człowiek się zastanawia czy czasem ostatnią dziewicą Francji nie była Joanna d'Arc.

- A propos. Ma pan jakieś ulubione dzieło sztuki?
- Nie. Od czasu, kiedy w 1985 roku Andy Warhol namalował butelkę szwedzkiej wódki "Absolut" i wszyscy krytycy uznali to za arcydzieło.

- A czym dla pana jest fresk Leonarda da Vinci "Ostatnia wieczerza"?
- Totalny kicz!

- Ulubiony film? Proszę podać jeden tytuł.
- Jest ich dużo, ale jeśli muszę podać jeden, to chyba: "Casablanca" z Humphrey Bogartem i Ingrid Bergman. Poza tym "Obywatel Kane" Wellesa, "Ojciec chrzestny" Coppoli, ale ten pierwszy, pozostałe części to budyń w sosie śledziowym. Poza tym "Lot nad kukułczym gniazdem" Formana, w "Samo południe" Zinnemana, "Wszyscy ludzie prezydenta" Pakuli, może jeszcze "Dwunastu gniewnych ludzi", ale nie nakręcony niedawno remake, ale ten Sidney Lumeta. Poza tym Adrian Lyne i jego "Dziewięć i pół tygodnia", "Fatalne zauroczenie" też jest z mojej półki. Lubię również postmodernistyczne filmy braci Coen, Davida Lyncha i Quentina Tarantino, i chociaż to kultura fast-foodów, mnie to mocno kręci. Podoba mi się konstrukcja: najpierw odpowiedzi potem pytania, tak jak we "Wściekłych psach", czy gmatwanina antylinearna w "Pulp Fiction".

- Czemu więc nie napisze pan scenariusza filmowego? Prawie każda pańska powieść to materiał na film.
- To jeszcze nie jest moja ścieżka. Mam świadomość, że film dociera do znacznie szerszej publiczności niż literatura. Nie czuję się jednak wystarczająco przygotowanym, a od wciskania ludziom kitu są inni pisarze. Sądzę też, że niektóre moje książki trochę utrudniają adaptację dla potrzeb ekranu. Na przykład "Seryjny monogamista" ma strukturę labiryntu, retrospekcyjnych wycieczek, i na pozór może być trudny do przełożenia na język filmu. Natomiast moi polscy bohaterowie czterotomowej sagi to egzotyczna sceneria sztucznego, polskiego piekła, wahania i udręki, które trudno w Europie pojąć. Są dla świata jak Eskimosi. Nikt ich nie zrozumie, dopóki nie zamarzną z głodu i zimna. Na pewno "Dzikie gęsi", "Zaklinacz umysłów", niektóre moje wcześniejsze powieści, a już na pewno "Romans" nadają się, bo opowiadają fabułę obrazem, opowiadane historie mają spójną całość, chociaż nie wiedziałem, jak skończy się to, co zacząłem pisać. Ale tak właśnie zacząłem pisać "Romans". To była gra w lunetę przez którą Amerykanie, i nie tylko, patrzą na pieniądze.

- Uważam "Romans" za znakomitą powieść, prawdziwie amerykańską powieść napisaną po polsku. I może dlatego na kanwie "Romansu" powstał scenariusz filmowy.
- "Romans" nie jest powieścią sensu stricto. To raczej dłuższe opowiadanie. Natomiast scenariusz na podstawie mojego opowiadania napisał mój syn Paweł. To zdolny chłopak. Ma to w genach. Zrobił gitny scenariusz, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Siłą wizji Pawła jest pewna niedojrzałość i wielki młodzieńczy entuzjazm. Poza tym zna się na filmie. Wie, co to uroda kadrów, szybkość montażu, nowoczesne prowadzenie akcji. Opowiedział napisaną przeze mnie historię, ale zupełnie inaczej... "Romans" zacząłem pisać w Nowym Jorku, a konkretnie pierwsze zdania nabazgrałem w notesiku na ławce w Central Parku, a potem w "Tavern on the Green" przy 67th Street. Właśnie jadł tam posiłek Woody Allen, którego uważam za zdeklarowanego postmodernistę, chociaż daleko mu do Tarantino, Lyncha, braci Coen i pozostałych chłopaków z postmodernistycznej ferajny i wtedy pomyślałem, a gdyby tak coś zdeklarowanie postmodernistycznego, gdybym walnął taką nierzeczywistą rzeczywistość, z umownym światem. Odstawiłem talerz ravioli z grzybami i wiedziałem, co chcę napisać... Deszczowym wieczorem słuchałem wyśmienitego jazzu w klubie Village Vanquard w centralnej części Greenwich Village i miałem pewność, że napiszę "Romans", bo miałem pomysł, w Nowym Jorku padał deszcz, a ta pieprzona Christa Wilson wyjechała na Florydę i zapomniała mi powiedzieć, że wyszła za mąż...

- I co dalej?
- Mój pomysł spodobał się ale chcieli, żeby podobnie jak w "The Governess" miłosny wkład do scenariusza i główną rolę kobiecą grała piękna, młoda Żydówka, taka jak Minnie Driver. Nie mam nic przeciwko pięknym i młodym Żydówkom, szczególnie że Minnie Driver z "Guwernantki" ogląda antysemityzm wyłącznie z żydowskiego punktu widzenia, ale moja Diana z "Romansu" absolutnie nie musi spluwać za sobą trzy razy, aby odczynić urok po chrześcijańskim przeżegnaniu się. Diana jest aryjką i pieprzy takie dekadenckie pomysły, chociaż ja wolałbym dla siebie okrągłą sumkę, bo jak śpiewa Barbra Streisand w "Just One Lifetime": Tylko jedno życie.

- Trochę się pogubiłem? Czy to wszystko, aby na pewno jest prawda?
- Jeśli to nawet nie jest prawda, to zostało dobrze wymyślone! Czyż nie na tym polega zawód pisarza? Pisarz musi kłamać, bo kłamstwo jest wliczone w jego zawód. Przecież sama powieść to gra wyobraźni, zmyślanie, preparowanie półprawd i fikcji, koloryzowanie, manipulowanie. Pisarz kluczy, blefuje, zaciera za sobą ślady, przywdziewa maski, zmienia życiorysy, mami, bajeruje, a często wręcz struga wariata.

- A Igor? Pański drugi syn.
- To pierwszy syn. Igor to inteligentny, przystojny, wysportowany chłopak, oczytany, mocny w historii i ma niezwykły talent manualny, to przysłowiowa "złota rączka". Podziwiam go, bo wbicie gwoździa w ścianę sprawia mi trudność. Gdyby otworzył firmę remontowo-budowlaną, miałby wielką kasę. Chociaż... może i nie miałby zbyt dużej kasy, bo jest za uczciwy i prostolinijny, a to w dzisiejszych czasach, niestety, nie jest zaletą.

- Czego oczekuje pan w trakcie pisania?
- Wolnych dni od pisania. Jestem w tym samym stopniu leniwy co pracowity. Czasem piszę kilka stron komputeropisu dziennie, czasem zaledwie kilka linijek, robię przerwy, potem wracam do powieści i pastwię się nad tekstem, a kiedy wreszcie kończę książkę daję się jej odleżeć cztery tygodnie, czasem dłużej, rekord to trzy lata i potem analizuję ją na chłodno, z dystansem. Nie zakochuję się w swojej twórczości. Powieść jest jak wino. Potrzebuje czasu, by dojrzeć. Rzadko się zdarza, żebym był zadowolony z niektórych fragmentów, chociaż całokształt jest zgodny z pierwotnym zamierzeniem. I wtedy do gry wkracza mózg, backspace i delete. Są dni, a były niestety i miesiące, kiedy nic nie robię, nie należy pracy poświęcać całego życia, bo żyje się raz a potem się tylko straszy. Ale najczęściej pisanie jest dla mnie tym samym, co smog dla Los Angeles. Od zmierzchu do świtu. Pisanie jest tak dobre jak seks, a nawet lepsze, bo pisać można jeszcze na łożu śmierci... Lubię to, co robię i robię to, co lubię... Mam w sobie materiał na czterdzieści cztery książki a napisałem dwadzieścia. Jak do tej pory... Dzięki literaturze mogę przeżyć kilka żyć i mieć różne osobowości.

- Ale nie tylko literatura jest obszarem zainteresowania. Zachowuje się pan jak futbolista często zmieniający barwy klubowe. W latach studenckich był pan znanym muzykiem jazzowym, później przez blisko dwadzieścia lat dyrektorował najpoważniejszym polskim instytucjom artystycznym. A teraz jest pan nie tylko pisarzem, ale również redaktorem naczelnym ogólnopolskiego kwartalnika "Łowca Wyobraźni" z zakresu fantasy i science fiction adresowanego do młodzieży, choć nie tylko.
- To prawda, że miałem kilka życiorysów. Robiłem prawie wszystko. Byłem robotnikiem, żołnierzem, muzykiem, dziennikarzem, dyrektorem, redaktorem naczelnym. Nie siedziałem tylko, nie kradłem i nie żebrałem. Coś się kończy, coś się zaczyna, ale redaktorem tego właśnie czasopisma jest mój syn Paweł, student drugiego roku uniwersyteckiego wydziału teorii filmu, teatru i literatury. Zbieżność nazwisk, chociaż pokoleniowa różnica. Ja się w ogóle na tej tematyce nie znam, a fantastyki nigdy nie lubiłem.

- No właśnie! Nieodległe to czasy, kiedy był pan niezwykle popularną postacią show-businessu, reżyserem programów rozrywkowych, kabaretów, dyrektorem i kierownikiem artystycznym "Estrady Łódzkiej" w okresie jej największej świetności, prezesem Stowarzyszenia Muzyki Estradowej, organizatorem największej akcji krajowego przemysłu rozrywkowego "Polskich Targów Estradowych", ulubieńcem prasy. Zwano pana "Napoleonem polskiej rozrywki", "Brucem Lee estrady", "Królem show-businessu". Później przez wiele lat dyrektorował pan w Warszawie, między innymi był pan dyrektorem i kierownikiem artystycznym stołecznej "Estrady Młodych", sekretarzem generalnym Polskiego Towarzystwa Literatury, wydawał czasopisma. Co z tych pasji pozostało po latach?
- Kilka udanych przyjaźni, trochę goryczy z nieudanych, kilkaset metrów taśmy filmowej, kasety wideo, pięć grubych ksiąg z wycinkami prasowymi, nad którymi teraz ślęczy studentka pisząca o mnie pracę magisterską oraz przeświadczenie, że żyłem pełnią życia. Tamte karty w moim życiorysie są więc od dawna zamknięte. Stworzyłem nowy życiorys - pisarza, dla którego pisanie jest największą grzeszną namiętnością.

- Skoro mowa o życiorysie. Dziwią mnie podawane w różnych publikacjach pańskie daty urodzin. W "International Who's Who Of Intelectuals" wydanej w Cambridge podaje się rok 1949, W antologii "Seks w literaturze" podaje się datę 1945, w antologii Wolfganga Jöhlinga wydanej przez Ferster Verlag we Frankfurcie nad Menem, gdzie pan figuruje obok takich pisarzy jak Gombrowicz, Witkacy, Iwaszkiewicz, Andrzejewski, Kisielewski, Bratny, widnieje jeszcze inna data, a w jednej ze swych powieści podaje pan rok 1948. Która data jest prawdziwa?
- Wszystkie są prawdziwe.

- Wydanym niedawno "Kto jest kim w Polsce", na trzy tysiące biogramów znanych Polaków, znajduje się zaledwie dwóch łódzkich pisarzy: w tym Andrzej Rodan Dlaczego właśnie pan?
- A dlaczego nie? Poza tym nie jestem łódzkim pisarzem, ale europejskim. Ja tylko urodziłem się w Łodzi, i tu mam dom.

- Ma pan jakiś ulubionych współczesnych polskich pisarzy? Proszę wymienić kilka nazwisk.
- Nie mogę, bo byłaby to hurtowa rzeź! Filozofia tych piszących, zadurzonych w sobie picusiów i narcyzowatych lasek, lansowanych przez niemieckie pisma polskojęzyczne nie jest w stanie pokryć dna kieliszka z gorzałką. Media sztucznie kreują snobizmy. Ostatnio, szczególnie w czasopismach dla kobiet, możemy wyczytać jak genialne mamy pisarki, zwłaszcza te, których nazwiska widzimy w redakcyjnej stopce. I na przykład w "Gazecie Wyborczej" albo w "Twoim Stylu", i nie tylko, kilka odjechanych felietonistek-pisarek przeprowadza wywiady z pisarkami-felietonistkami, które sąsiadują z nimi na sąsiednich stronach. W następnych numerach te drugie rewanżują się tym pierwszym recenzjami z ich książek. Jest to zajebiste! One tak piszą o sobie, jakby ich książki były największym wydarzeniem od czasu wynalezienia muszli klozetowej! Jest to takie piękne, że mało dupa nie pęknie. Twórcze Wielkie "O" bez dotykania łechtaczki. Bełtanie błękitu w głowach czytelniczek. Być może czytelniczki tych pism to masochistki i lubią być traktowane jak worek na śmieci. Chociaż, bo ja wiem, być może wciskanie kitu skutecznie reguluje zaparcie, opóźnia menopauzę. Uważam, że pisanie przesłodzonych, landrynkowatych recenzji to nie jest zajęcie dla normalnych ludzi. Potem wstyd przed własnymi dziećmi. Podobna sytuacja jest w pismach z drugiej strony tęczy, na przykład w lewicowej "Trybunie". Kilku panów-pisarzy i krytyków zachwyca się książkami wyłącznie swoich przyjaciół, lub wydawnictw, które ich publikują. Jest to gitna kamaryla... No, ale dość! Niech słońce zajdzie mad moim gniewem! Wie pan, ten zawód nauczył mnie agresji, więc powiem bez skrępowania: pisarzy jest coraz więcej, a literatury coraz mniej. Powstają wartościowe książki nie nadające się do czytania. Twórca musi mieć to "coś". Albo to ma i jest czadowy, albo nie ma i jest knociarzem. Z polską współczesną literaturą jest jak z grzybami: wszystkie grzyby są jadalne, ale niektóre tylko raz!

- To mi pachnie brakiem obiektywizmu. Czy czasem nie uważa się pan za największego polskiego pisarza?
- Nie! Jak powiedziałem: skromność to moja największa wada. Ja jestem czwartym.

- A kto jest pierwszym, drugim i trzecim?
- Nie znam.

-Tytuły następnych pana książek? Bliska jest mi opinia o "Seryjnym monogamiście", gdzie twierdzi się, że jest to powieść ekscytująca, o oszałamiającej wyobraźni, fajerwerkach pomysłów, zaskakującym finale. Zapoznałem się więc z komputeropisem i przyznam; jestem zauroczony. "Seryjny monogamista" jest to mocno "zakręcona" powieść o przewrotnej konstrukcji. Główny bohater tej powieści reprezentuje męski agresywny indywidualizm, szowinistyczny antyfeminizm ale to, co może być przestrogą dla kobiet i informacją jakich mężczyzn powinny unikać, staje się... zachętą. Główny bohater, pisarz, wypalony twórczo, milczący od lat, jest nieczuły, próżny, zakochany w sobie i swoim talencie, w jego umyśle prawdziwa miłość za którą tęskni i której poszukuje jest bardziej niebezpieczna od rewolweru. Ale przy tym wszystkim jest... nadzwyczaj sympatyczny, urokliwy jak Sam Spade w Sokole maltańskim grany przez Humphrey Bogarta. Czy to pan jest seryjnym monogamistą?
- Nie, proszę pana. Ja jestem tylko seryjnym gwałcicielem! Żartuję, żartuję!... Mamusia musi być dumna z pytań, które pan zadaje, co nie?... Wracając do powieści: "Seryjny monogamista, czyli historia w pewnym sensie prawie miłosna" odleżała się w komputerze trzy lata i dopiero ostatnio nadałem tej powieści ostateczny kształt. Teraz zabrałem się za "Dzikie gęsi". Czekały dwa lata, kiedy dojrzałem do pewnych korekt i nad niektórymi fragmentami dokonuję egzekucji bez sądu. Toż samo dzieje się z "Zaklinaczem umysłów".

- O "Seryjnym monogamiście" i "Dzikich gęsiach", które są preqelem "Monogamisty", czytałem wewnętrzną opinię wydawniczą, że w tych właśnie powieściach jest pan uważany za męski odpowiednik Helen Fielding, tej od "Dziennika Brigdget Jones".
- Ale jaja! Zamarłem z wrażenia! Ten, co to sobie uroił ma zdrowo napaćkane w głowie... "Seryjny monogamista" i "Dzikie gęsi" to książki w niektórych fragmentach bardzo osobiste. Ale błędem byłoby tropienie mojej wyobraźni i szukanie związków z pozaliteracką rzeczywistością. Na przykład: literacka Marysia z "Seryjnego monogamisty", czy Klaudia z "Dzikich gęsi", obie z groteskową daremnością miłosnych dążeń, nigdy nie istniały. Są one wyłącznie dziełem mojej wyobraźni. Nie interesuje mnie jednak bycie "męskim odpowiednikiem Helen Fielding", tak jak nie chciałbym kiedykolwiek zobaczyć "żeńskiego odpowiednika Andrzeja Rodana."

- W "Seryjnym monogamiście" nareszcie zostawia pan w spokoju politykę, a szczególnie Kościół tak mocno atakowany w poprzednich książkach. Jest jakiś szczególny powód?
- Uff! Swymi pytaniami skraca mi pan życie o kilka lat... Polski Kościół to mrok średniowiecza, dyskretny urok inkwizycji pachnącej siarką i stosami, machina śmierdzącego zabobonu oraz fura, komóra i wiernych skóra.

- Czy pan - skandalista rzeczywiście tak okrutnie ocenia polską rzeczywistość w swoich powieściach, czy też jest to tylko forma prowokacji intelektualnej? Teoria czy rzeczywistość?
- Wiele teorii się nie sprawdziło. Mam przekonania zdecydowanie lewicowe po ojcu, zdroworozsądkowe po matce i obiektywnie - po sobie - podam owe teorie. Na przykład: nie sprawdził się komunizm, rząd AWS, latające żaby, "Solidarność" z Wałęsą i bez niego, polski kapitalizm, lustracja, terapia szokowa Balcerowicza, teoria o możliwości kopulacji goryla z muchą, że mrówka może mieć dzieci ze słoniem, expose premiera Millera o równości szans edukacyjnych dzieci i młodzieży, podczas gdy swoją wnuczkę wysyła do elitarnej szkoły prywatnej z klasą dla trzech uczniów, a prezydentostwo Kwaśniewscy nobilitują córeczkę na paryskim balu debiutantek wyższych światowych sfer. Jeśli chodzi o te dwa ostatnie przykłady: znamionują one wyjątkowo dobre samopoczucie nuworyszów i brak poczucia rzeczywistości, bo przecież już są stawiane kosy na sztorc, a Jakuba Szeli nie trza daleko szukać. Opowiadano mi, że inny skandalista, słynny dyktator mody Paco Rabanne, odwiedził dzisiejszą Warszawę. Poprzednio był tu w 1952 roku. Widział wówczas Warszawę pokrytą rusztowaniami, rozkopaną, odbudowywaną po zniszczeniach wojennych. Konfrontując te dwie Warszawy powiedział: teraz jest więcej biednych, żebraków, ludzi bezdomnych. No comments!

- Jaką radę może pan przekazać swoim czytelnikom?
- Kobietom powiem: nie lekceważ swojego mężczyzny i doceniaj go, bo skończysz samotnie jeżdżąc na wczasy odchudzające i wyprowadzając psa na spacer. Natomiast mężczyznom: żyj na luzie, chłopie! Osiągnij wszystko przed ukończeniem 60 lat! Zostaw coś po sobie. Jeśli tego nie zrobisz, to po sześćdziesiątce będziesz wyłącznie durną pałą starego pierdoły!

- Kim chciałby pan zostać, gdyby nie był pisarzem?
- Płatnym mordercą!

Wyboru dokonał i całość opracował: Julian Prokopowicz