Obnażanie, czy kalanie świętości?

Janusz "Joter" Baszyński

„Życie erotyczne papieży” - nowa, bardzo ciekawa książka Andrzeja Rodana, pisarza dawno okrzykniętego w Polsce skandalistą. Za co? Za to, że ośmiela się poruszać tematy tabu, tym razem chronione potężną siłą Kościoła, który w Polsce ma szczególnie mocną pozycję. Najpewniej i ta książka trafi na listę „zakazanych wiernym”. Rodan, jak zwykle, najwyraźniej wcale nie dba o to i sam bezpośrednio atakuje i prowokuje. Zresztą, jak powiedział A. Michnik: „Nikt, kto nie szanuje samego siebie, nie bierze udziału w nagonce. Człowiek szanujący własną godność broni swoich przekonań w polemice, sięga po argumenty, pogardza nagonkami i błotem kalumnii” („Gazeta Wyborcza” z 17-18.09.2005, s. 1 - Adam Michnik „Naganiacze”).
Zanim otworzymy książkę, już na okładce widzimy twarz pisarza wkomponowaną w lustrzane odbicie postaci Jana Pawła II na fotelu papieskim. Wydaje się, że w tej prowokacji niewiele przekory, a więcej determinacji. Najwidoczniej musieli Mu księża dobrze zaleźć za skórę, że ośmiela się bez ogródek obnażać historycznie udokumentowane czarne strony życiorysów głów Kościoła... Dlaczego przesady? Bo wydaje się Rodan pretendować do tytułu rzetelnego historyka, co całkiem słusznie Mu się należy z racji opisywanej faktografii wspartej źródłami historycznymi. Ale ta książka staje się mniej historyczna, a bardziej demaskatorska z wyczuwalnym wręcz akcentem nienawiści, z nazbyt czasem frywolnymi dla historyka zapisami, np. „ktoś doniesie, bo np. właśnie zauważył biskupa ‘walącego kapucyna’” (cyt. s. 55, wyd. I), albo „Grzegorz I miał w ogóle hopla na punkcie seksu” (cyt. s. 53, wyd. I). Poza tym często dodaje opinie od siebie, w pierwszej osobie, samemu świadomie podstawiając pierś na strzał. I to wszystko powoduje, że pisarz zaczyna być stronniczy, a historykowi wszak winien przysługiwać obiektywizm. Chociaż... Małoż to znamy historyków, którzy opisywali dzieje w sposób nie tylko osobisty, ale wręcz kadzidlany dla władcy-sponsora lub wspierającego go stronnictwa. Jak np. opisałby dzisiaj życiorysy b. polityków z PZPR (i nie tylko) Macierewicz, to ile byłoby w tym obiektywizmu, a ile skrywanej brudnej prawdy? Kto zresztą lubi przyznawać się do ciemnych stron życiorysu? Także Kościół, wydając swoje „Dzieje papieży”, albo przemilcza niewygodne fakty, albo przeinacza. Wbrew prawdzie historycznej zawartej w zapisanych źródłach historycznych, ale ileż osób ma swobodny lub w ogóle jakikolwiek dostęp do takich materiałów? Więc manipulacje są możliwe, a demaskatorskie poczynania niektórych historyków - są niewygodne. Zatem najlepiej - potępić ich w czambuł, zdyskredytować, oczernić, wykląć i... zakazać.
Książka Rodana ma charakter typowo demaskatorski. Znaleźć tutaj można wiele pytań, ale i mnogość odpowiedzi. Autor udowadnia częstą hipokryzję kapłanów różnej hierarchii, tutaj - papieży. Udowadnia, że stan bezżenny często ich nie dotyczył, potrafili dojść do tego najwyższego w hierarchii Kościoła tytułu i najwyższej władzy nie zawsze czystymi sposobami, nierzadko lała się obficie krew, intrygowano, usuwano przeciwników, posuwano się do przekupstwa, zdrady. Wielu papieży miało żony i dzieci. Niektóre ich dzieci zostawały nawet papieżami. Bywało, że równocześnie „urzędowało” kilku papieży naraz. Porównując „Dzieje papieży” pod red. Waldemara Babicza, wyd. Poznań 2004 z faktami z książki A. Rodana w wielu miejscach „Dziejów...” można dopatrzyć się faktycznych grzechów dostojników Kościoła, lecz w różny sposób czy to maskowane, czy raczej niedopowiadane, czy też wspomniane mimochodem już w innym miejscu, jako wtrącenie, aby uniknąć zarzutu mijania się z prawdą. Czyli widoczna jest manipulacja.
Bulwersujące są u Andrzeja Rodana opisy jawnych odstępstw wielu papieży od reguł Kościoła, często przez nich ogłaszane, przy późniejszej ich beatyfikacji i po zupełnym „wybieleniu” życiorysów. „Mity szerzone przez Kościół i umiejętnie fałszowana historia sprawiły, że wielu spośród tych niepospolitych bandytów, czasem morderców, zostało świętymi” (cyt. s. 5) - pisze autor. To dawna historia.
A najnowsza?
Kardynał Eugenio Pacelli, późniejszy papież Pius XII w latach 1939-1958 jawnie wspierał Hitlera i jego politykę. Wyrazy obustronnej atencji opisuje Rodan bez ogródek nazywając po imieniu poszczególne kompromitujące polityczne posunięcia tego papieża, później mimo wszystko beatyfikowanego (str. 154-160, wyd. I). N. Cawthorne pisze: „[Pius XII] szybko potępił swobodę seksualną, zachowywał zaś dziwny spokój w kwestii Holokaustu. Krytykowano go za zbyt skromne wysiłki czynione w celu pomocy Żydom. On z kolei argumentował, że otwarte potępienie Hitlera może jedynie pogorszyć sytuację. Nie ulega jednak wątpliwości, że w tej kwestii mógł uczynić coś więcej. Uchodził bowiem za jedyną osobę, której obawiał się Hitler, ponieważ znaczna część żołnierzy w hitlerowskiej armii była katolikami. Papież ten zaznaczył się również i tym, że potępił sztuczne zapłodnienie w każdej postaci, a w Miranda prorsus wyłożył jasne dyrektywy w stosunku do tego, co godzi się pokazywać w filmie i innych audio-wizualnych mediach” (cyt. s. 128). Natomiast w „Dziejach...” działania Piusa XII są opisane w formie obszernego wyjaśnienia, wytłumaczenia jako sposobu prowadzenia polityki przez papieża (str. 17-75, tom VI, wyd. Millenium, Poznań 2003).
Niewątpliwie, książka A. Rodana jest fascynująco ciekawa, szczególnie przy równoległej konfrontacji z wymienionymi książkami, bez ogródek nazywa po imieniu ogrom niegodziwości i występków papieży, mających w świadomości katolików być nieposzlakowanymi autorytetami moralnymi. Bardzo polecam...

Prawdziwa samotność to brak miłości

 Kazimierz Drobik (poeta, publicysta, członek ZLP)

Dwie powieści Andrzeja Rodana: „SERYJNY MONOGAMISTA czyli historia w pewnym sensie prawie miłosna” oraz „DZIKIE GĘSI” to jedne z najbardziej niezwykłych książek w całej polskiej literaturze. „Seryjnego monogamistę” pisarz rozpoczął 29 października 1999 roku, zakończył 30 listopada 2000 r., ale upłynęły dalsze trzy lata, zanim książka ta przybrała ostatecznie kształt, w jakim została wydana (listopad 2003). W ciągu tych lat pisarz ją przeredagował, a nawet początek i finał książki napisał na nowo. I wtedy okazało się, że aktualnie pisane „Dzikie gęsi” mogą stać się prequelem „Seryjnego monogamisty”, jak gdyby wcześniejszym, brakującym ogniwem losów seryjnego monogamisty. Na decyzję tę wpłynęły również liczne listy i maile nadsyłane przez czytelników, którzy wręcz domagali się kontynuacji tej niezwykłej historii. Pisarz wybrał wariant dość przekorny: uznając za definitywnie zakończoną fabułę poprzedniej powieści – przeredagował „Dzikie gęsi” jako historię seryjnego monogamisty… młodszego o lat dwadzieścia. Przyznam, że ta dość ekwilibrystyczna literacko koncepcja twórcza sprawdziła się całkowicie.
Andrzej Rodan prawie w każdej swej powieści zabiera głos w odwiecznym dyskursie o naturę miłości, o jej miejscu w życiu człowieka, niespełnionych pragnieniach, przewrotnej zmysłowości. Rodan, jak mało kto, potrafi pokazać konfliktową naturę miłości, plątaninę obsesji, namiętności, ślepego instynktu, kruchość nadziei. I w tej robi to również.
„Dzikie gęsi” to historia miłości, być może niespełnionej, historia samotności kobiety i mężczyzny, którzy potrzebują siebie nawzajem, ale nie walczą o utrzymanie rodzącego się uczucia.
„Miłość to jedyna gra, którą można przegrać walkowerem” – mówi pisarz.

*    *    *

Kobieta i mężczyzna. Studium zagubionych serc.
Kobieta. Klaudia - to olbrzymie pokłady dziewczęcego ciepła, spontaniczna naiwność, wyzywająca zmysłowość, złote serce, wrażliwość uczuciowa i… bezbronność, nieudawana bezradność i rozpaczliwy głód serca. Jest zwyczajną dziewczyną naiwnie kontestującą swą abstrakcyjną wolność, pogubioną we współczesności, jest impulsywna, niezorganizowana wewnętrznie, kieruje się emocjami i jest wręcz dziecinna w momentach krytycznych. Jak jej się wydaje, żyje pełnią życia, urodą chwili.
Ale to tylko ersatz. Klaudia  poszukuje prawdziwego uczucia, bowiem jej dotychczasowe „miłości” rozpaczliwie ocierają się o kicz i samozatratę bohaterki. Dziewczyna ma świadomość, że uczucia rozmienia na drobne, trwoni je na mało znaczące epizody wabiona iluzją barwności, możliwością wyrwania się z szarej codzienności
W głębi duszy marzy o stabilizacji życia emocjonalnego, czuje się wyczerpana psychicznie, wie że wykorzystują ją mężczyźni, jest pełna zahamowań, ma silny kompleks winy (zwłaszcza w stosunku do swoich rodziców). I może dlatego – pragnąc zrekompensować własną słabość - tak szybko wpada w pułapki agresywnej brutalności.
Mężczyzna. Główny bohater, który jest również bohaterem poprzedniej powieści Rodana „Seryjny monogamista” (tylko teraz o dwadzieścia lat młodszy), nie ma nawet imienia (podobnie jak bohater  „Seryjnego monogamisty” czy też pierwszej powieści Rodana „Okolice porno shopu”).
Mężczyzna jest początkującym pisarzem. Literatura jest dla niego formą swoistej kompensacji, samo potwierdzenia się, rozładowania frustracji i niepokoju. Przy tym jest niezaradny, mało praktyczny marzyciel, i jakby z góry skazany na samotność. Nie zna psychiki kobiecej, postępuje nieporadnie i niezręcznie, ale przy tym wszystkim jest doprawdy urokliwy, dowcipny w swym pozorowanym cynizmie i zarazem wzruszający. Nie jest zdolny ofiarować miłości, a kiedy zdaje się, że nareszcie to zrobi, brakuje mu energii. Mężczyzna ten - główny bohater powieści, a zarazem jej narrator - zarówno w „Seryjnym monogamiście”, jak i w „Dzikich gęsiach” jest jedną z najbardziej fascynujących postaci współczesnej literatury.
Bohaterowie „Dzikich gęsi” prowadzą ze sobą osobliwą grę, boją się zaangażowania uczuciowego, ranią się obopólnie. Nie są w stanie, albo nie chcą zrozumieć, jak wiele dla siebie znaczą. Oboje są jak te tytułowe  dzikie gęsi z połamanymi skrzydłami i strachem przed lataniem.
„Gęś ciężko ruszała skrzydłami, zmęczona, była coraz niżej, prawie wtapiała się w korony drzew ciemnego sosnowego lasu, a długi sznur ptactwa oddalał się od niej spisując ją na straty.
- Cierpienie ptaków nigdy nie trwa długo – powiedziała Klaudia.”
I u mężczyzny, i u kobiety widać tragiczną niemożność zaspokojenia miłości. A przecież z tej na pozór wzajemnej fascynacji dwojga ludzi mogła się zrodzić wielka miłość. Czyż zatem „Dzikie gęsi” są dramatem niemożliwej miłości, dramatem niespełnienia?
I tak, i nie. Nie ma tu patetycznych wyznań – są drobne kłamstwa, pozorowanie obojętności, wahania nastrojów, akt seksualny nie ma większego znaczenia, wynika nie z miłości, ale określonego kodu zachowań.

*   *   *

Jeżeli już mowa o seksie, wtrącę na marginesie, że widzę tu wielką metamorfozę pisarza, którego pierwsze powieści otaczała aura skandalu związana ze śmiałością a nawet brutalnością scen intymnych. To właśnie erotyka tych powieści, naturalny urok krewkiego temperamentu Rodana  (kobiety mają duży udział w jego literackim świecie) sprawiły, że część krytyków nie zrozumiała wysokiej klasy jego talentu.
„Dzikie gęsi” wprawdzie pulsują w niektórych fragmentach podskórnym erotyzmem, ale nie stanowią już typowego dotąd dla Rodana kłębowiska instynktów i perwersji, jakby literackiej formy freudowskiego traktatu o seksualnej naturze człowieka. Tę metamorfozę pisarza zauważyłem już w „Disneylandzie” oraz w „Seryjnym monogamiście”, a najnowsza powieść „Dzikie gęsi” utwierdza mnie w przekonaniu, że ma ona charakter stały. Cieszę się z tego, bowiem nigdy nie byłem zwolennikiem rodanowskiego traktowania seksu jako absolutu. Stąd też potwierdziłem kiedyś opinię Romana Gorzelskiego (poeta, dramaturg, krytyk literacki), że  „Ostatnie dni Sodomy” Rodana byłyby najlepszą polską powieścią historyczną, gdyby usunąć z niej liczne sceny erotyczne.
Chociaż… może nie byłaby to już  ta sama powieść, która zauroczyła mnie przed laty. Gorzelski, znawca twórczości Rodana, był wówczas jednym z krytyków, który nie poszedł traktem wydeptanym przez Jana Marxa (tygodnik „Kultura”) czyli  koncentrowania się wyłącznie na rodanowskiej erotyce. Przyprawiono mu wówczas „gębę” pisarza rozpustnego i tak już przez dłuższy czas pozostało. Być może było to powodem wyłączenia się pisarza z działań literackich, bowiem w latach 1992 - 1999 Rodan nie napisał ani jednej powieści (opublikował w tym czasie dwa tomy „Historii erotyki”). Rodan zaprzecza tej sugestii twierdząc, że zbierał wówczas materiały do czteroksięgu: „Książę i Magdalena”, Styropianowy gang”, „Mandaryni”, „Disneyland”. No cóż, część z tych „krytyków” już nie żyje, część zapiła się na śmierć, a inni drepczą na marginesie literatury w bulwarowych pisemkach. Zarówno żywi jak i umarli nie zasługują na to, aby o nich teraz mówić.

*   *   *

Andrzej Rodan jest wirtuozem nastroju. Nadał „Dzikim gęsiom” wielką romantyczną pasję, aby ją stopniowo tonować, inaczej powstałby melodramat, a więc gatunek zupełnie nie w stylu tego autora. „Dzikie gęsi” nie wpadły więc w pułapkę melodramatu, bo pisarz we wszystkich swoich powieściach, a więc i w tej, uciekał przed tanim sentymentalizmem. Rodan po mistrzowsku manipuluje uczuciami bohaterów, powiedziałbym nawet, że komplikuje ich losy z przewrotnym cynizmem. Sam Rodan twierdzi, że ma pełny nadzór nad  bohaterami swoich powieści, ale nadchodzi moment, kiedy sytuacja wymyka mu się spod kontroli, kiedy bohaterowie przejmują inicjatywę, wyrywają do przodu jak straż przednia, zmieniają bieg wydarzeń, tworzą nowe linie życia i… zaczynają dyktować mu dalszy rozwój wypadków. Cóż wtedy robi pisarz? Pozwala im na to.
„Dzikie gęsi” (podobnie jak „Seryjny monogamista”) to  powieść przewrotna. Zaskakuje nowoczesnym warsztatem literackim, niekonwencjonalną i efektowną narracją, smacznymi dialogami, błyskotliwym modelem dramaturgii, atakuje czytelnika intelektualnie i emocjonalnie. Wyśmienite są fragmenty, jakby eseju o Gigantach Literatury, pisanego przez bohatera powieści. Zaskakuje błyskotliwa erudycja Rodana, a praca jego myśli zmusza do intelektualnego podziwu, bowiem ten „esej” śmiało może stać się pomocniczym podręcznikiem dla studentów literatury czy polonistyki. Aczkolwiek… No właśnie. To wszystko prawda, Rodan odbrązowiając gigantów literatury (robił to już w „Seryjnym monogamiście”) pisze prawdę, ale jednocześnie wyraźnie widać jak puszcza oko do czytelnika, bawi się sam i jakby mówi: Bawcie się ze mną!
Zgadzam się z opinią Bohdana Gadomskiego, publicysty tygodnika „Angora”, że Andrzej Rodan ma autentyczne cechy wielkiego pisarza i jest jednym z największych prozaików naszych ostatnich pokoleń, a który to publicysta pisze: „Przekonany jestem, że niebawem powstaną solidne kariery uniwersyteckie oparte na badaniach prozy Andrzeja Rodana, jego narracyjnej strategii, nośności formy, kompozycji dialogów, poczucia humoru, prowokacji obyczajowej i estetycznej” („Esej o Andrzeju Rodanie” –  2003 r.,str. 5-10).
Pisarz w „Dzikich gęsiach” nie oszczędza swoich bohaterów, mało tego, jakby mówi: „źródło klęski tkwi w bohaterach tego romansu”, ale nie proponuje czytelnikowi gotowych recept i rozwiązań. Najwyraźniej widać to w ostatnich sekwencjach dzieła.
Odnajdujemy tam moment, kiedy wszystko mogłoby się potoczyć w stronę „happy endu”, gdzie cały romans mógłby ułożyć się jak najlepiej, gdyby nie fakt, że Klaudia jest już  we wszechwładzy impulsu, nad którym nie potrafi zapanować. Wybiera innego mężczyznę powodowana lękiem przed samotnością, potrzebą spokojnej przystani, ustabilizowanego, luksusowego życia. Tak więc kieruje się również „moralnością pieniądza”.
Mężczyzna natomiast ma świadomość, że kocha Klaudię, ale to odkrycie przychodzi zbyt późno. Zdaje sobie sprawę, że tylko miłość mogłaby nadać sens ich życiu i przerwać samotność. I być może wyznaniem miłości jest końcowy dialog między bohaterami:
- Wybacz mi! – wyszeptała Klaudia z błaganiem w zamglonych łzami oczach. -Wszystko się powichrowało... Jaka ja byłam głupia! Czy wybaczysz mi?
- Wybaczyłem w chwili, kiedy powiedziałaś „wybacz mi”!
Ale ten właśnie moment, kiedy zaczynają siebie potrzebować, kiedy ustępuje „paraliż serca”, kiedy uczucie staje się miarą człowieczeństwa, zostaje zawieszony w próżni. Pisarz na hipotetyczne pytanie czytelnika: „Czy twoi bohaterowie będą z sobą razem?” – odpowiedzi nie udziela. Odpowiedź pozostawia czytelnikowi, który już wie, że i mężczyzna i kobieta nie chcą żyć dłużej samotnie.
A może to właśnie Rodan daje taką sugestię na jednej ze stron powieści, pisząc:
„Prawdziwa samotność to brak miłości. Nie doznając miłości nie osiągnie się nigdy pełni życia”.

Kazimierz  Drobik